Przed południem, szosowo z Panem Jurkiem wzdłuż S5 do Wierzyc, a potem Czerniejewo, Szczytniki Czerniejewskie, Jelitowo. Po drodze mijaliśmy sakwiarza z Irlandii. Koło Żydowa zauważyliśmy nadciągającą granatową chmurę. Schroniliśmy się na przystanku, przeczekaliśmy opad i wróciliśmy do Gniezna.
Najpierw ochłodzić się w cieniu Czerniejewskich Lasów. Powrót niestety w patelni przez Czerniejewo, Kosmowo, Gębarzewo. Na koniec jeszcze runda po mieście, zobaczyć m.in. zawaloną kamienicę w centrum miasta.
Stwierdziliśmy z Dawidem, że w taki gorąc to najlepiej pośmigać po lasach. Najpierw kierunek Las Miejski. Potem przez różne wioski w stronę Krzyżówki - tam większa pętla po lesie i następnie trasą przy Jeziorze Wierzbiczany z zahaczeniem o skarpę. Na koniec jeszcze do Jankowa na plażę i powrót do Gniezna najkrótszą drogą - dawną DK15 - po drodze mijało nas na trzeciego kilku idiotów za kółkiem.
Podróż miała być ponownie w wygodnych, klimatyzowanych wagonach, bezpośrednim pociągiem IR "Mamry" jednak pociąg się gdzieś w drodze rozkraczył i na dworzec podjechał w zastępstwie popularny EN57 "kibel", który jechał tylko do Wrocławia, a tam mieliśmy się przesiąść w specjalnie podstawiony na resztę trasy pociąg. Z ciekawostek jechał z nami koleś z wypasionym monocyklem. We Wrocławiu przesiedliśmy się do podstawionego pociągu, który na szczęście miał wagon rowerowy, jednak nie było mowy o żadnej klimie i pozostało "gotować" się w tym upale dochodzącym do 35C przez kilka następnych godzin. Do Gniezna dojechaliśmy przed 18.00 - pociąg złapał trochę opóźnień.
Małe podsumowanie wyjazdu: - przejechaliśmy ponad 550 km - suma przewyższeń wyniosła prawie 12 000 m - prócz Polski odwiedziliśmy także Niemcy i Czechy - zaliczyliśmy kilka ciężkich podjazdów m.in. Przełęcz Karkonoską, Przełęcz Okraj, wjazd na Vyrovkę w Czechach, ulica Szkolna w Karpaczu, Wysoki Kamień w Górach Izerskich - ustanowiłem nowe rekordy wysokości osiągniętej na rowerze, prędkości oraz sumy przewyższeń
Ostatni dzień jazdy po górach i największy upał. Temperatura miała przekraczać 30C. Trasa na dzisiejszy dzień najkrótsza i najprostsza. Wyjeżdżamy dość wcześnie kierując się do Jeżowa Sudeckiego na Górę Szybowcową, z której roztacza się widok na Jelenią Górę oraz Karkonosze.
Następnie zjazd do Jeleniej Góry na staromiejski rynek.
Następnie początkowo DDRem a potem spokojnymi, wiejskimi uliczkami jedziemy w stronę Karpacza omijając centrum miasta i kierując się od razu w stronę Świątyni Wang.
Jest upał na maksa. Jazda rowerem nie przynosi żadnej przyjemności, a tu w Karpaczu zaczynają się mega podjazdy na pełnym słońcu. Były momenty, że odechciewało się jechać, no ale jakoś pomału pniemy się do góry. Chcąc oszczędzić sobie jednego z podjazdów wybieramy pewien terenowy skrót, który jednak żadnej korzyści nie przyniósł.
A tu jeszcze przed Świątynią Wang czeka na nas chyba najbardziej stromy utwardzony podjazd w Polsce - ulica Szkolna. Czegoś takiego jeszcze nigdzie nie widziałem, przed nami wyrasta po prostu pionowa ścianą którą nawet podejść nie jest łatwo, a co dopiero podjechać.
Jednak podjeżdżamy. Przełożenie 11-32 plus przeniesienie ciężaru ciała na przód jakoś pozwala utrzymać się na rowerze i podjeżdżać z prędkością 3-4km/h.
Przed Świątynią Wang.
Dużo zjazdów, mniej podjazdów i jesteśmy przed Wodospadem Podgórnej w Przesiece.
Wszedłem do tej lodowatej wody po kolana. Do pełnego zanurzenia woda dla mnie za zimna, choć były osoby które pływały i skakały ze skałek. Za to czystość wody pierwsza klasa :)
Z Przesieki kolejny zjazd - tym razem już do Jeleniej Góry.
Zbiorniki wodne po drodze.
Na koniec jeszcze Park Zdrojowy w Cieplicach.
Na deptaku w Cieplicach trafiliśmy na jakiś festyn i załapaliśmy się na darmową kiełbasę z grilla oraz wodę.
Powiem szczerze, że dzisiejszy dzień trochę mnie przerażał. Nie ze względu na dystans, ale planowaną sumę przewyższeń oraz zaliczenie najcięższego asfaltowego podjazdu w Polsce - Przełęczy Karkonoskiej. Inną sprawą była pogoda. Bajecznie słonecznie, a równocześnie bardzo gorąco - co oznaczało przede wszystkim litry lejącego się potu jak również możliwe problemy z zaopatrzeniem w wodę. Jednak uwielbiam ustanawiać nowe prywatne rekordy toteż dzisiejszą trasę przyjąłem oczywiście z entuzjazmem. Wypad w góry to w końcu nie ma być żaden tam spacerek :)
Najpierw jedziemy w kierunku Podgórzyna oraz Przesieki zaczynając tym samym pierwszy etap podjazdu na Przełęcz Karkonoską.
O dziwo podjazd wchodzi lekko, nie czuję żadnego obciążenia w nogach. Dopiero pod koniec na ostatnim kilometrze czy dwóch jest stromiej i tu sprawdza się technika jazdy slalomem :) Ale jedzie się nadal bardzo przyjemnie.
Widoczki z Przełęczy.
Żeby było wyżej wjeżdżamy jeszcze pod Schronisko Odrodzenie (1236 m n.p.m.).
Po czym niżej robimy przerwę na posilenie się przy jakimś budynku po Polskiej stronie. Podobno widziała nas tam
Lea.
Z Przełęczy czeską "autostradą" zjeżdżamy 10-kilometrowym zjazdem do Spindlerovego Mlyna.
Przejeżdżamy przez miasteczko i udajemy się z powrotem w góry, na czeską cyklotrasę biegnącą raz asfaltem, raz szutrem. Najpierw podjazd na Strazne.
Stamtąd zjazd i znów podjazd - tym razem asfaltem na wysokość ponad 1300 m n.p.m. Żeby nie było za łatwo, większość trasy w pełnym słońcu przez co jechało się mega ciężko, co zresztą widać na fotce :P
Lecz widoki powalały.
Najwyższy punkt na jaki wjechaliśmy - Vyrovka (1357 m n.p.m.) - przy okazji ustanowiłem nowy rekord wysokości osiągniętej na rowerze.
Wieczorem na kwaterze doczytaliśmy, że podobno można było wjechać na legalu (bądź też nie :P) jeszcze wyżej bo na około 1500 m n.p.m. Trochę się wkurzyliśmy :)
W każdym razie jak był konkretny podjazd to musi być konkretny zjazd (do Pecu pod Śnieżką) - a ten pozwolił na uzyskanie nowego rekordu prędkości na rowerze - i to bez pedałowania - 73,88 km/h. Sebek pognał jeszcze trochę szybciej. Było tak stromo, że lekko można by się rozpędzić do ponad 80 km/h, jednak na tej nawierzchni i w towarzystwie ludzi idących szlakiem to samobójstwo. W pewnym momencie o mało nie zderzyliśmy się z pędzącym pod górę na sygnale pogotowiem górskim.
Pec pod Snezkou.
W Pecu z kolei ja zauważam śmigającą pod górę Leę :P
Zjeżdżamy w dół do skrzyżowania prowadzącego na Przełęcz Okraj. Tam też rozpoczynamy łagodny, lecz długi podjazd na 1047 m n.p.m.
Z Przełęczy z kolei już po Polskiej stronie długi zjazd do Kowar. Z Kowar do Jeleniej Góry po drodze robiąc fotkę Zalewowi Sosnówka.
Oraz odwróconemu domowi - jeszcze w budowie :) Coś podobnego jest chyba w Szymbarku na Kaszubach.
Dzisiejszy dzień można powiedzieć rekordowy. Poprawiłem rekord wysokości na rowerze, rekord prędkości oraz przewyższenia, gdyż wyszło ponad 3000m! :)
Przewyższenie - 3079m (według GPS, według mapy - 3234m !).
Kolejny dzień rozpoczął się piękną, słoneczną i bardzo ciepłą pogodą. Postanowiliśmy przejechać się w okolice Świeradowa-Zdroju i Novego Mesta celem jazdy po tamtejszych ścieżkach dla rowerzystów górskich usytuowanych w okolicach szczytu Smrk. Dojazd do Świeradowa przez kilkanaście mniejszych i większych wiosek. Były też podjazdy i zjazdy (jeden naprawdę konkretny, bez problemu rower rozpędzał się do prędkości grubo ponad 60 km/h, gdyby droga nie była kręta byłoby pewno znacznie szybciej).
W okolicach Świeradowa wjechaliśmy w las na pierwszy dzisiejszy singiel zwany "Zajęcznikiem". Przejechaliśmy pewną jego część, po czym wjechaliśmy na kolejny - oznaczony na czarno jako bardzo trudny - "Czerniawska Kopa". Następnie zaliczyliśmy jeszcze "Rapicky Okruch", "Okolo Medence" i "Novomestska Strana".
Po singlach łącznie przejechaliśmy około 40km, czyli około połowę całości ścieżek. Generalnie single oznaczone na czarno jako bardzo trudne i na czerwono jako trudne nie są zbyt wymagające. Nawet początkujący rowerzysta nie powinien mieć większych problemów z pokonaniem całości. W porównaniu do Rychlebskich Ścieżek, nastawionych bardziej na techniczne podjazdy i zjazdy są bardzo proste. Mimo wszystko jeździło się na nich bardzo przyjemnie, widoki czasami też były całkiem niezłe :)
Nove Mesto pod Smrkem.
Z powodu braku wody postanowiliśmy zjechać do Świeradowa-Zdroju. W planach był jeszcze wjazd na Smrk, ale jakoś nam się odwidziało podjeżdżać tyle metrów w górę i postanowiliśmy wracać na kwaterę. Najpierw podjazd na Rozdroże Izerskie, po czym długi, szutrowy zjazd aż do Piechowic.
Dzisiejszy dzień w założeniu miał być lajtowy - trzeba było dać odpocząć nogom po wczorajszej wycieczce. Pierwszym punktem na dzisiejszej mapie trasy był Wysoki Kamień 1058 m n.p.m. - szczyt leżący w Górach Izerskich (w części zwanej Wysokim Grzbietem).
Z Cieplic ruszyliśmy w stronę Szklarskiej Poręby Dolnej. Na początku solidny asfaltowy podjazd.
Następnie w teren i tu już się zaczęło ostre podjeżdżanie na Wysoki Kamień z kulminacją przed samym szczytem - musiałem zrobić z pół minuty przerwy bo czułem, że puls odlatuje w kosmos :) Ale całość podjechana, a muszę przyznać że ten podjazd to nie jest bułka z masłem :P
Początek lajtowy :)
Na Wysokim Kamieniu.
Następnie mały zjeździk i jedziemy w stronę nieczynnej kopalni kwarcu "Stanisław".
Kopalnia.
Przy okazji zaliczyliśmy szybki zjazd po zdradzieckich luźnych kamyszkach w dół kopalni.
Widoczki z okolic kopalni:
Szrenica.
Tam będziemy zjeżdżać.
Powrót na szlak i lecimy dalej.
Na jednym ze zjazdów Sebek łapie laczka - w oponę wbił się ostrokrawędzisty kamyczek. Serwis przebiegł błyskawicznie.
Przez różne wioski i fajny, techniczny odcinek jakąś trasą rowerową wzdłuż skarpy nad rzeką Kamienica udajemy się w stronę Parku Krajobrazowego Doliny Bobru - a konkretnie nad Jezioro Pilchowickie utworzone w poprzez spiętrzenie Bobru przez wybudowanie tamy.
Tama na Jeziorze Pilchowickim wraz z elektrownią wodną.
Malowniczą drogą okalającą jezioro trafiamy na most kolejowy nad Bobrem.
Stamtąd udajemy się do Siedlęcina, którego główną atrakcją jest zabytkowa Wieża Rycerska z XIV wieku.
Z Siedlęcina wracamy do Jeleniej Góry ścieżką rowerową ulokowaną wzdłuż rzeki Bóbr.