Dziś byłem umówiony z Kenhillem na mały serwis GieTeka, a konkretnie na wymianę korby oraz zwiększenie skoku amortyzatora. Wymiana korby na Shimano Deore M590 poszła w miarę gładko, podobnie jak zwiększenie skoku amora (ze 100 na 120mm) i po południu mogłem już się cieszyć chodzącym bezszelestnie rowerem. Postanowiłem więc zrobić małą jazdę testową i wybrałem się na mały objazd okolicznych fyrtli, a konkretnie trasa: Gębarzewo-Żydowo-Potrzymowo-Arcugowo-Miroszka-Trzuskołoń-Krzyżówka-Lubochnia. Potem jeszcze objazd toru XC na Winiarach i przez miasto do domu. 500m przed domem zaczął padać deszcz, więc udało się zdążyć na styk.
Rower po serwisie sprawuje się elegancko, tak więc dzięki wielkie dla Kenhilla za sprawną i skuteczną naprawę :)
"Ktoś chętny jechać nad jeziorko?". Tymi słowami Dawid zachęcił wczoraj do wyjazdu rowerowego. Padła propozycja Jezioro Powidzkie, o 14.30 ruszamy.
Volkswagen Karmann przed Witkowem.
Pan Jurek wjeżdża do Powidza.
Tradycyjna przerwa na rynku w Powidzu koło lodziarni/cukierni.
W Powidzu stwierdziliśmy, że warto byłoby pojechać gdzieś dalej, gdyż pogoda wybitnie zachęcała do jazdy. Zaproponowałem Jezioro Budzisławskie, zachęcające do pływania krystalicznie czystą wodą.
Woda nie dość, że czysta to i ciepła jak w podgrzewanym basenie. Z Dawidem popływaliśmy i ponurkowaliśmy, natomiast Pan Jurek wziął się za wymianę dętki, gdyż od Witkowa miał problem z uciekającym powietrzem w kole. Siedząc nad jeziorem, zaproponowałem dalszą jazdę - do Przyjezierza. Dojazd ubitymi szutrami wzdłuż Jeziora Suszewskiego, Kownackiego i Wójcińskiego. W Przyjezierzu przerwa na coś do jedzenia.
Co do picia?
Fragment plaży nad Jeziorem Ostrowskim w Przyjezierzu.
Ostatnia fotka i w drogę powrotną.
Powrót asfaltowy przez Orchowo do Trzemeszna. Przy wylocie z miasta spotykamy wracającego z pracy Sebastiana. Stoimy na poboczu, rozmawiamy, a tu nagle jakiś pijany idiota w Golfie o mało co nas nie potrącił. Kilkadziesiąt metrów za nami zjechał z drogi i o mało co nie zakończył jazdy w krzakach, jeszcze dalej widać było, że też prawie wyleciał z drogi, trzymając się kurczowo prawej części jezdni. Szkoda, że nie udało się nam zapamiętać numerów rejestracyjnych.
Reszta trasy (przez Wymysłowo, Kalinę) minęła już spokojnie. Z Panem Jurkiem odprowadziliśmy jeszcze Dawida pod sam dom i przed 23.00 dojechałem do domu.
Mapa trasy niepełna (w Trzemesznie rozładowały się baterie w GPSie):
Po południu eska od Kuby z propozycją rowerowania. Jako, że w planach miałem i tak wyjazd z Piotrem na jezioro, przystałem na tą propozycję i jakiś czas później w trójkę ruszyliśmy na Kujawki, nad Jeziorem Wierzbiczańskim. Dojazd na Lubochnię standardowy, natomiast dalsza droga wiodła ciekawym singielkiem wzdłuż jeziora, którym już jakiś czas temu miałem przyjemność jechać. Na Kujawkach ludzi ani dużo, ani mało. W sam raz do wypoczynku. Trochę popływaliśmy, postaliśmy, pogadaliśmy i wydedukowaliśmy, że pojedziemy na plażę nad Jeziorem Jankowskim. Kuba stwierdził, że nie był tam "z 50 lat albo i dłużej". Droga wiodła najpierw trasą wokół Jeziora Wierzbiczańskiego z zahaczeniem o skarpę, przed którą miałem nieprzyjemną awarię w rowerze, polegającą na rozpięciu się spinki od łańcucha na podjeździe. Wywaliło ją gdzieś w kosmos, na szczęście wożę ze sobą zapasową, więc naprawa miała być banalna... no właśnie... miała. Po chwili okazało się, że łańcuch mnie nieźle przytrollował i na miejsce awarii wybrał sobie jakieś ulubione miejsce bytowania krwiopijczych i morderczych komarów-gigantów, które omal nie pożarły mnie żywcem. Z pomocą Kuby i Piotra, którzy dzielnie odpędzali je ode mnie, udało się przywrócić rower do stanu używalności i niczym struś pędziwiatr szybko czmychnęliśmy z tego miejsca. Oczywiście ręce miałem uwalone smarem, więc czym prędzej pomknąłem na brzeg jeziora umyć się trochę i dalej w drogę. Dojechaliśmy do Jankowa, a tam ludzi duuuuużo więcej, z tym że średnia wieku to poziom gimnazjalno-licealny. Z Piotrem postanowiłem znów trochę popływać, korzystając z braku ratownika zaliczyliśmy też skok z pomostu. Spędziliśmy tam dłuższą chwilkę po czym przez Wierzbiczany i Szczytniki postanowiliśmy wrócić do Gniezna. Po drodze telefon od Pana Jurka, z którym spotkaliśmy się przed Osińcem. Nikomu z nas nie chciało się już za bardzo jeździć, dlatego też odwieźliśmy pod dom Piotra i Kubę, a z Panem Jurkiem zrobiłem jeszcze kółko po mieście. Na skrzyżowaniu Żwirki i Wigury z Roosevelta spotkaliśmy się z Dawidem, po czym wspólnie pojechaliśmy na Pustachowę. Gdy już miałem się odłączyć od pozostałych towarzyszy, na ulicy Pustachowskiej zagadał nas przypadkowy jegomość prowadzący całkiem fajną szosówkę, z którą urządziliśmy sobie dłuższą pogawędkę. Pan Jurek nawet przetestował włoską szoszone na mieszaninie grup Ultegra i Dura Ace. Pan szoszon (ubrany po cywilnemu w ciuch roboczy) widać że był bardzo zafascynowany swoim nowym nabytkiem. Miło więc, że rower daje ludziom taką radość :) Po rozmowie pomknąłem już do domu.
Dziś po południu wraz z Piotrem dla odmiany na Gołąbki popływać w Jeziorze Przedwieśnia (woda czystsza niż w Jeziorze Wierzbiczańskim). Na początku ludzi niewielu, ale po dłuższej chwili plaża się zapełniła. Fajne warunki dziś do jazdy, przez co powrót zajął poniżej godziny.
Tradycyjnie przystanek przed grobem francuskiego żołnierza.
Jazda na kamieniołomy w Piechcinie szykowała się już od dawna. Zawsze jednak coś wypadało, aż wreszcie zadzwonił Sebastian z propozycją wspólnego wypadu. Udało się zebrać jeszcze Pana Jurka i Dawida. Chwila po 12 ruszamy z Gniezna do Kruchowa ekspresowym tempem 30-40km/h. Przy skrzyżowaniu na Ławki spotykamy się z Sebastianem i wspólnie już jedziemy kujawsko-pomorskimi ziemiami do Piechcina.
Przed Piechcinem mijamy wagoniki wiozące urobek z kopalni wapienia.
Na początek podjeżdżamy do zalanego kamieniołomu, gdzie znajduje się baza nurkowa.
Następnie jedziemy do znajdującej się nieopodal głębokiej na ponad 100m dziury w ziemi - czyli nieużytkowanej już części kamieniołomu.
Zrobiliśmy małą rundkę krawędzią kamieniołomu, aż na dole zauważyliśmy samochód firmy ochroniarskiej. Zatrzymali się, zatrąbili i odjechali.
Wracamy z powrotem nad zalany kamieniołom, tym razem od innej strony, robiąc rundkę niebezpiecznym singielkiem na krawędzi.
Aż chciałoby się wskoczyć :D
Następnym punktem naszej wycieczki jest zdobycie hałdy znajdującej się obok kopalni wapienia Kujawy w Barcinie.
To jeszcze inna hałda.
Kopalnia wapienia Kujawy.
Podjazd na hałdę.
Widok na Barcin.
Ostatnie spojrzenie na kopalnie.
I powrót do domu przez Mogilno. Obwodnica Mogilna cała dla nas :)
Fontanna w Mogilnie.
Mogileńska Krzyżówka :)
Koło Izdb Mirek handlarz szykuje nową furę na handel :D
Little dog.
Na Wale Wydartowskim.
W Niewolnie żegnamy się z Sebkiem i sami śmigamy do Gniezna przez Pasiekę, Kozłowo, Strzyżewo i Jankowo.
Tak się złożyło, że raz jeszcze wybrałem się dziś na Wał Wydartowski, tym razem z ekipą BS. Najpierw do Trzemeszna gdzie zgarnęliśmy Sebastiana. Później już polami na wieżę widokową na Wale Wydartowskim w Dusznie.
Po drodze Jezioro Malicz.
Wspinanie się na wieżę.
Widoki z wieży.
Później do Lubinia na plażę nad Jeziorem Popielewskim.
Można rowerem, można na koniach.
Za Trzemesznem pożegnaliśmy się z Sebastianem i sami do Gniezna wzdłuż Jeziora Wierzbiczańskiego.
Popołudniowy, terenowy wypad do Duszna, na wieżę widokową. Najpierw do Trzemeszna przez Kalinę i Wymysłowo. Z Trzemeszna polnymi drogami przez Folusz do Wydartowa i dalej do Duszna. Na wieży ruch jak w paryżu na wsi ;) Górną platformę zajęli motocyklowi turyści podróżujący na obładowanych śpiworami i namiotami MZtkach. Z wieży widoczność dziś całkiem niezła. Bez problemu widać było dymiące kominy Elektrowni Pątnów, hałdę kamieniołomu w Piechcinie, czy wieżowce w Inowrocławiu.
Fotki dziś z telefonu, gdyż zapomniałem wziąć aparatu.
Następnie pokręciłem się trochę po nieznanych drogach na Wale. Po ostatnich ulewach zrobiły się niezłe wyrwy z piachem, toteż zjazdy nie raz trudne jak w górach. Wyjechałem w Kruchowie. Stamtąd kawałek asfaltem i polną drogą na Pasiekę. Potem przez las do Kozłowa, Strzyżewa Paczkowego i przez ośrodek wypoczynkowy w Jankowie do Gniezna.